Nie wiem, po jaką ciężką cholerę przyszłam dziś do roboty, bo to same zajęcia mogłam wykonywać na własnej kanapie w znacznie przyjemniejszym outficie. Ciśnienie zachowuje się bardzo nieprzyzwoicie, więc aby nie skompromitować się do końca i nie udać się przedwcześnie do krainy Morfeusza, zrobiłam porządek w biurowych meblach. Nie wiem, czy każdy może to o sobie powiedzieć, ponieważ z szafki wydobyłam pięć książek (przeczytanych na stanowisku pracy) plus dwa podręczniki do niemieckiego - w końcu mnie zwolnią za dowolne kształtowanie stosunku pracy. Ważne papiery nadal są uklepane w malowniczy stos, nie mam w sobie tyle siły, by nadać im pozorów ładu i porządku, stać mnie jedynie na hiponotyczne wpatrywanie się w zegarek, by wreszcie pognać do domu i najeść się szpinaku. Obfity posiłek stoi w niejakiej sprzeczności z bieganiem wieczornym, ale pogoda zachowuje się jak cnotliwa panienka, która i chciałaby, i boi się, i na nic nie może się zdecydować, dlatego dziś kaloriom zostanie darowany smutny los, a ja buchnę się na ww kanapę i uzyskam tak pożądaną w życiu klamrę.
Kompozycyjną.